Dzika komedia o miłości i pieniądzach

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 2 listopada 2015 w poprzedniej wersji mojej strony internetowej. 

Przyznaję się bez bicia – tytuł dzisiejszego wpisu został ściągnięty żywcem z materiałów promocyjnych Królewskiego Teatru Narodowego (NT). Ale takie właśnie określenie najnowszej inscenizacji Strategii gołych kawalerów wydaje mi się bardzo wdzięczne i trafne, zatem musicie wybaczyć mi zapożyczenie. Ale zacznijmy od małego wprowadzenia.

Mianem restoration comedies określa się w historii brytyjskiej literatury komedie teatralne powstałe mniej więcej w latach 1660-1710. Zmieniające się nastroje społeczne i polityczne pozwoliły na wpuszczenie na brytyjskie sceny powiewu świeżego powietrza. Teksty sztuk zaskakiwały odniesieniami do aktualnych wydarzeń, lekkością, ale też bardzo daleko idącymi (jak na owe czasy) odniesieniami do miłości. Miłości nie tylko poetyckiej i platonicznej, ale też szalonej i bardzo zmysłowej. Atmosferę na scenie podgrzewał jeszcze fakt, że w tym okresie po raz pierwszy w składzie zawodowych grup teatralnych pojawiają się też kobiety.

Strategia gołych kawalerów (The Beaux’ Stratagem) należy do tekstów powstałych pod koniec tej epoki teatralnej. Po raz pierwszy została wystawiona w Londynie w marcu 1707 roku. Była ostatnim dziełem młodego dramaturga George’a Farquhara, który pisząc ją był już mocno schorowany (zresztą w przedmowie do wydania drukowanego przeprasza czytelników za ewentualne niedociągnięcia literackie wywołane chorobą), a zmarł w niespełna dwa miesiące po prapremierze, mając zaledwie 30 lat.

To teraz jeszcze garść suchych danych o samym przedstawieniu. Spektakl, o którym dziś piszę, miał swoją premierę 19 maja tego roku w londyńskiej siedzibie NT, zaś zszedł z afisza 20 września. 3 września odbyło się przedstawienie specjalne, z lekkimi modyfikacjami pod kątem transmisji wideo (m.in. w zakresie kostiumów i oświetlenia, aby lepiej dostosować je do wymogów kamer). Sygnał był przekazywany na żywo do ponad dwóch tysięcy kin na całym świecie. W naszym kraju, tradycyjnie już, zdecydowano się na dość mocno opóźnioną retransmisję z polskimi napisami, która została wyświetlona w obiektach sieci Multikino w dniu 27 października. Reżyserem tej inscenizacji był Simon Godwin, a w rolach głównych wystąpili: Samuel Barnett (pan Traf), Geoffrey Streatfeild (pan Łucznik), Susannah Fielding (pani Sullen) oraz Pippa Bennett-Warner (Dorinda).

Jak na standardy NT, nie było to przedstawienie z gwiazdorską obsadą. Oglądaliśmy artystów bardzo solidnych i sprawnych, ale słabo znanych poza Wielką Brytanią. Może właśnie dzięki temu, że nikt nie czuł się tutaj primadonną, zobaczyliśmy spektakl bardzo zespołowy, z ważnym wkładem aktorów drugoplanowych. Oto oficjalny zwiastun:

Simon Godwin zdecydował się utrzymać swoją inscenizację w epoce. Aktorzy operują oryginalnym tekstem, mamy kostiumy mocno stylizowane na początek XVIII wieku, mamy też przepięknie pieśni z epoki ze wspaniałą muzyką na żywo, a w kilku przypadkach też z urokliwą choreografią. Ktoś mógłby pomyśleć, że taki sposób inscenizacji tekstu sprzed 300 lat to prosty przepis na odrobinę usypiającą ramotę, albo mówiąc łagodniej wspaniałe danie, ale wyłącznie dla wysublimowanych koneserów historycznego teatru. A tymczasem to wszystko jest bardzo dynamiczne, bardzo wciągające i przede wszystkim, co dla komedii kluczowe, bardzo zabawne.

Nie będę udawał, że od strony fabularnej jest to wiekopomny tekst niosący głębokie przesłanie. Nie jest. To dość przewidywalna opowieść o dwóch młodych mężczyznach z wyższych sfer, którzy w wyniku rozmaitych okoliczności znaleźli się w długach, uciekli z Londynu i podróżują po angielskiej prowincji, szukając okazji do ożenku jednego z nich z bogatą panną (od biedy wdową, byle młodą i w miarę ładną), który odmieni ich los. Wybaczcie spoiler, ale nietrudno zgadnąć, że ostatecznie ich raczej cyniczny plan legnie w gruzach, ponieważ obaj zakochają się naprawdę.

Ale czy każdy spektakl musi mierzyć się z dylematami egzystencji albo rozterkami moralności? Bez przesady, teatr ma też bawić i dawać wytchnienie! Nie można odmówić tej sztuce, zwłaszcza w tej inscenizacji, radości i polotu. Pozwala naprawdę bardzo przyjemnie odprężyć się bez wyrzutów sumienia, że ktoś obraża naszą inteligencję (a jakże często myślimy tak siedząc na współczesnych komediach!). A już zwłaszcza ostatnie kilka scen to naprawdę podnoszący na duchu kawałek teatru, gdyż nawet rozwód ukazany jest tam jako część happy endu, zaś formułki rozwiązujące małżeństwo brzmią wręcz poetycko (jedno z rozstających się małżonków mówi „północ”, drugie „południe”, jedno „wschód”, drugie „zachód”, co wymownie podkreśla, że ich wspólne życie dobiegło końca i odchodzą w swoje strony).

To nie jest inscenizacja, która odmieni czyjekolwiek życie czy pokaże inne spojrzenie na jakiś ważny temat. Ale skutecznie udowadnia, że przy mądrym podejściu reżysera i obsady stare komedie, już w swym założeniu będące dziełami czysto rozrywkowymi, mogą bawić kilkanaście kolejnych pokoleń. Nikt już nie pamięta o aktorach z pierwszego spektaklu z 1707 roku, być może nawet nie zachowały się już ich nagrobki. Ale sztuka przetrwała, w niej trwa siła wyobraźni i inteligencji jej autora, nadal możemy czerpać z tego przyjemność i zabawę. I naprawdę to już jest bardzo dużo. Polecam!

Zdjęcie: Alastair Muir / telegraph.co.uk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *