Śmieszny serial o poważnej historii

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 12 października 2015 w poprzedniej wersji mojej strony internetowej. 

W minionym tygodniu brałem udział w warsztatach dla osób zarządzających przedsiębiorstwami rodzinnymi, poświęconych zmianie jak procesowi, który nieustannie towarzyszy nam w biznesie. Dwa dni myślenia i dyskutowania nad istotą zmiany jakoś podświadomie skierowało moją uwagę w stronę pojęcia zmiany społecznej, która jest ważnym zjawiskiem w socjologii i innych naukach społecznych. Być może mój mózg działa dziwnie i to jest dowód na jego skrzywienie, ale od zmiany społecznej było już bardzo blisko do myśli o tym, dlaczego uwielbiam nie tylko te najnowsze, ale też wiele starych brytyjskich seriali komediowych. Jasne, są bardzo zabawne, to podstawa. Ale oglądając seriale z lat 60. czy 70., a mam takich już na koncie całkiem sporo, bardzo wyraźnie widać drogę, jaką brytyjskie społeczeństwo przeszło od tego czasu w wielu różnych aspektach swego codziennego życia. Na marginesie, zapewne to samo można powiedzieć o serialach z innych krajów. Ale, jak już zapewne wiecie czytając tego bloga, ja jestem anglofilem.

Szczególne miejsce wśród twórców britcomów zajmuje zmarły cztery lata temu David Croft. Ten wybitny scenarzysta, reżyser i producent w znacznej mierze oparł swoją twórczość na celowej rekonstrukcji miejsc i czasów, których już nie ma. Ale nie ograniczył się tylko do zabawy w kostiumy i dekoracje, jak to często bywa przy komediach osadzonych w historii. Największą siłą seriali Crofta jest ukazanie autentycznych problemów społecznych, z jakimi zmagała się w XX wieku Wielka Brytania. Centralne miejsce zajmują się wśród nich podziały klasowe, ale nie tylko one znajdują u Crofta swój wyraz. Te seriale to takie wehikuły czasu, które przenoszą nas do ważnych momentów w najnowszej brytyjskiej historii, abyśmy mogli poczuć atmosferę tamtych dni i zobaczyć na własne oczy ową zmianę społeczną, jaka wtedy się dokonywała. Co oczywiście nie odbiera im walorów rozrywkowych, bo zarówno Croft, jak i jego wieloletni współscenarzyści Jimmy Perry oraz  Jeremy Lloyd, to prawdziwi mistrzowie klasycznie angielskiego humoru sytuacyjnego.

Według wspomnień samego Crofta (polecam jego cudowną autobiografię zatytułowaną You Have Been Watching…) najpoważniejszym pod względem formy i treści z jego seriali miało być właśnie Pan wzywał, Milordzie? Nie chciałbym dublować tutaj artykułu z Wikipedii, którego zresztą (wybaczcie nieskromność) jestem głównym autorem, więc jeśli ktoś w ogóle nie wie, o czym jest ten serial, proponuję na chwilę przerwać lekturę tego wpisu i przeczytać choćby pobieżnie artykuł na Wiki, bo od następnego akapitu będę już zakładał, że wszyscy z grubsza znamy fabułę i głównych bohaterów. Tymczasem wprowadźmy się jeszcze w klimat, delektując się bardzo mocno osadzoną w epoce muzyką tytułową:

Skoro już, mam nadzieję, wszyscy mamy ogólny obraz tego serialu (jeśli ktoś go zupełnie nie oglądał, to wszystkie odcinki ukazały się w Polsce na DVD, a wiele z nich można znaleźć też na YouTube), to teraz chciałbym zwrócić uwagę na kilka elementów, które czynią z tego sitcomu naprawdę poważną komedię społeczną. Ale wcześniej jeszcze jedna rekomendacja. Historia Wielkiej Brytanii w okresie od śmierci królowej Wiktorii w styczniu 1901 do zakończenia II wojny światowej w 1945 roku jest okresem słabo obecnym w polskich podręcznikach, a naprawdę niezwykle ciekawym. Jeżeli macie ochotę poświęcić tej tematyce sześć godzin swojego życia (zapewniam, nie zmarnujecie ich), to bardzo mocno polecam serial dokumentalny The Making of Modern Britain, który zrealizował znakomity dziennikarz polityczny Andrew Marr. Pomijając wszystkie inne zalety, opowieść Marra naprawdę dobrze pokaże Wam kontekst historyczny Pan wzywał, Milordzie?

No dobrze, ale przenieśmy się wreszcie do rezydencji lorda Meldruma i jego rodziny, położonej w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Londynu (mała dygresja: gdyby owa rezydencja istniała naprawdę, dziś miałaby duże szanse być własnością jakiegoś rosyjskiego oligarchy lub arabskiego szejka, bo to właśnie oni zaczynają ostatnio dominować w dawnych dzielnicach arystokracji w stolicy UK). Mamy połowę lat 20. Na pierwszy rzut oka kraj trwa jeszcze trochę w epoce wiktoriańskiej, choć słynna królowa nie żyje już ponad dwie dekady. Epoka ta miała wiele zalet, ale w serialu (poniekąd słusznie) bardziej akcentowane są wady. Największą z nich była nieprawdopodobna wręcz hipokryzja elit.

Nasz tytułowy lord i jego rodzina to znakomity przykład. Pobożni, przyjaźnią się z miejscowym biskupem, lord zasiada w parlamencie, chodzi na charytatywne aukcje i bale, ale:

  • rodzinna fortuna wzięła się kiedyś z handlu niewolnikami
  • pracownicy londyńskiej fabryki lorda (a jest to zakład produkcji wyrobów gumowych) zarabiają
    naprawdę źle, o pracownikach jego plantacji na Malajach lepiej nawet nie myśleć
  • do głównych wyrobów tej fabryki należy produkt tak potępiany przez Kościół jak prezerwatywy
  • owdowiały lord, zamiast ponownie się ożenić, woli romansować ze znacznie młodszą od siebie
    żoną własnego partnera biznesowego

Spójrzmy jeszcze na rodzinę lorda, która w gruncie rzeczy przedstawia naprawdę dramatyczny obraz. Jego młodszy brat, tzw. czcigodny Teddy, to uosobienie problemu drugich i kolejnych synów arystokratów. Pozbawieni prawa do dziedziczenia tytułu ojca, często korzystając ze swojej wysokiej pozycji społecznej zostawali wysokiej rangi politykami, administratorami kolonialnymi czy oficerami armii. Ale zdarzały się również przypadki takie jak Teddy, który starzeje się jako zblazowany wieczny chłopiec, przekonany o swej nabytej wraz ze szlachetnym urodzeniem wyjątkowości, z jednej strony pogardzający pospólstwem, ale z drugiej strony głęboko zazdroszczący ludziom niższego stanu wolności od konwenansów (co w serialu symbolizuje wątek prób znalezienia żony dla Teddy’ego, który niechętnie zaręcza się z bogatą dziedziczką, ale tak naprawdę marzy o jej zupełnie zwyczajnej służącej).

Córki lorda. Młodsza, Poppy, rzuciła się w świat niepohamowanej konsumpcji, na co pozwala wysoki status materialny jej rodziny. Tak, wie, że przeznaczony jej na męża mężczyzna to ostatni głupiec. Pewnie zakłada, że prawdziwą miłość znajdzie u kochanków, jak wiele kobiet jej stanu. Tak, zakochuje się we własnym lokaju, choć to miłość z góry skazana na niepowodzenie, bo taki mezalians oznaczałby bardzo trudną sytuację towarzyską dla każdego z nich, do pewnego stopnia groziłby ostracyzmem. Ale mimo wszystko akceptuje to, przyjmuje swoją rolę. Przeciwieństwem Poppy jest jej starsza siostra Cissy. Po tej postaci widać, że mimo pozorów epoka wiktoriańska jest już dawno za nami. I wojna światowa i towarzyszące jej przemiany społeczne i polityczne odcisnęły poważne piętno. Cissy jest pilotką samolotów, sufrażystką, socjalistką, dodatkowo prawie wcale nie ukrywa swego homoseksualizmu. Zgoda, takie kobiety w historycznych latach 20. wciąż należały do zdecydowanej mniejszości. Ale było ich coraz więcej, nawet w tak znamienitych rodzinach.

Drugą grupą domowników są liczni służący lorda. Tu także widać całe spektrum autentycznych postaw. Mamy panią Lipton, której czasem jest w życiu ciężko, ale która trwa w pełnej lojalności wobec lordowskiej rodziny, w dyskrecji wobec ich wyskoków, w bardzo godnej akceptacji własnego miejsca na drabinie społecznej. Podobnie lokaj James, wyznający kult ciężkiej pracy, ale czasem doświadczający tych frustrujących chwil, gdy uświadamia sobie, że szlachetne urodzenie nadal bywa ważniejsze niż talent czy uczciwość. Pomywaczka Mabel, która mieszka w slumsach i zalicza się do jeszcze niższej klasy społecznej niż reszta służby. I takiego też doświadcza traktowania: pełnego fałszywej dobroci, podszytej pogardą. Służący są źle traktowani przez arystokratów, ale jeszcze słabszych od siebie traktują równie źle. No i najważniejszy ze służby, kamerdyner Alf, który wyraża poglądy coraz silniejszej skrajnej lewicy, uważającej arystokratów za klasę darmozjadów i warchołów. Ale znów: Alf tak naprawdę wcale nie chce zmieniać świata, co najwyżej swoje własne w nim położenie.

Uff, z dzisiejszego wpisu zrobił się mały esej. Mam nadzieję, że ktoś dotrwał do końca. Polecam Pan wzywał, Milordzie? bardzo serdecznie, a do twórczości Davida Crofta na pewno będę tu jeszcze wracał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *