O wojnie i granicach miłości

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 29 października 2015 w poprzedniej wersji mojej strony internetowej. 

Grażyna Jagielska (ur. 1962) jest dziennikarką, tłumaczką, pisarką i podróżniczką. Co najważniejsze dla tej historii, od ponad 30 lat jest życiową towarzyszką Wojciecha Jagielskiego, jednego z najwybitniejszych polskich dziennikarzy zajmujących się tematyką międzynarodową: korespondenta wojennego, reportażysty i analityka. Znawcy Afganistanu, poradzieckiej części Azji oraz Afryki. Wydana na początku 2013 roku „Miłość z kamienia” to przejmująco szczera i głęboka opowieść o osobistej cenie, jaką autorką zapłaciła za karierę swojego męża. Sam tytuł jest zresztą nawiązaniem do jednej z jego książek, zatytułowanej Wieże z kamienia.

Dwoje na ławeczce
Zacznijmy od konstrukcji tekstu. Wielu ludzi, biorąc do ręki powieść kryminalną, zaczyna od przeczytania ostatniego rozdziału. Chcą z góry wiedzieć, kto zabił, bo w lekturze najbardziej pociąga ich delektowanie się samym mechanizmem dochodzenia do prawdy. Trochę podobnie jest tutaj. Autorka na samym początku wyznaje, że finałem jej życiowych zawirowań był pobyt w ośrodku dla osób z problemami psychicznymi. Tam poznała niewiele starszego od niej Lucjana, który twierdził, że zabił swojego zięcia, znęcającego się nad swoją żoną, a Lucjana córką. Ze swoich rozmów z Lucjanem Jagielska robi główną oś narracji. To wręcz filmowe: Grażyna i Lucjan siedzą na ulubionej ławce w parku otaczającym ośrodek (czy też szpital), na przestrzeni kilku miesięcy opowiadają sobie z coraz większymi szczegółami historie własnego życia, a my czytelnicy co i rusz jesteśmy zabierani w kolejne retrospekcje do chwil i wydarzeń, które składają się na opowieść żony korespondenta wojennego.

Reporter od kuchni
Ta książka robi na mnie duże wrażenie na co najmniej trzech poziomach. I może opowiem o nich w kolejności odwrotnej do rangi, jaką do nich przykładam. Na poziomie najbardziej ciekawostkowym, co nie musi być pejoratywne, pokazuje karierę wybitnego reportażysty trochę od kuchni. Bo choć jest to opowieść jego żony, to z oczywistych powodów Wojciecha Jagielskiego jest tu bardzo dużo. Co więcej, oglądamy go nie na scenie, gdzie odbiera kolejne nagrody ani też nie w telewizji, gdzie jak zwykle bardzo kompetentnie komentuje wydarzenia. Widzimy go w jego własnym domu, gdzie po raz któryś tam pakuje swój przestrzelony plecak przed wyjazdem na kolejną wojnę, gdzie nie umie dobrze uprasować sobie koszuli i gdzie sam do końca nie panuje nad wydarzeniami związanymi z jego rodziną.

Poznajemy też trochę mechanizmy psychologiczne, które pozwalają Jagielskiemu pracować tak efektywnie w najbardziej niebezpiecznych miejscach na Ziemi. Tu po prostu muszę przywołać niedawną rozmowę ze znajomą reporterką, która opowiadając mi o obserwowanych przez siebie wydarzeniach w pewnym kraju, powiedziała coś w stylu „Wiesz, kiedy naprawdę zrozumiałam, że tu się robi niebezpiecznie? Kiedy największe redakcje zaczęły wycofywać zwykłych reporterów, a zastępowali ich najlepsi korespondenci wojenni.” No więc Wojciech Jagielski przez ponad 20 lat swojej kariery należał właśnie do tej kategorii, był w swojej macierzystej „Gazecie Wyborczej” człowiekiem do zadań specjalnych. Z jednej strony nie wahał się rzucać na szalę swojego życia, na wielu jego wyprawach było naprawdę groźnie. Z drugiej strony miał bardzo silną potrzebę sukcesu, bycia pierwszym z danym newsem, bycia najlepszym ekspertem od danego obszaru. Chyba można nazwać to chciwością, bo mechanizm był podobny, tyle że nie o pieniądze tu chodziło. I wreszcie z trzeciej strony, do pracy bardzo potrzebny był mu komfort i poczucie bezpieczeństwa. Ale nie komfort dobrych hoteli i nie poczucie bezpieczeństwa tam, skąd pisał. Chodziło raczej o poczucie posiadania bezpiecznego portu w postaci swego domu, gdzie po każdej wyprawie mógł powrócić i znaleźć tam wsparcie.

Stres bojowy żony
Przechodząc na drugi poziom, kluczowym elementem owego bezpiecznego portu była żona reportera. Przed każdym wyjazdem oczekiwał od niej zgody, akceptacji. Nie zwracał uwagi, że to wszystko jest dla niej coraz trudniejsze. W ciągu ponad 20 lat wyjeżdżał na wojnę 53 razy. Przywoził zupełnie makabryczne historie, opowiadał jej ze szczegółami, nieraz kilkakrotnie, opowieści tak drastyczne, że nie nadawały się do druku. Np. tę o Czeczence, która rosyjscy żołnierze regularnie gwałcą zbiorowo na oczach jej dzieci.

Dla ludzi takich jak ja, którzy od lat na co dzień czytają o wojnach czy krwawych dyktaturach, nieraz z naprawdę strasznymi szczegółami, takie historie są do pewnego stopnia codziennością. Przyznam otwarcie, dla mnie osobiście jest to jeden z najtrudniejszych aspektów naszych zawodów (mam na myśli politologów, historyków, dziennikarzy, prawników itp.), gdy musimy słuchać o tak okropnych rzeczach, które jedni ludzi zrobili drugim. Ale mówiąc zupełnie szczerze i brutalnie, większość z nas stworzyła sobie w głowie jakiś rodzaj mechanizmów obronnych. Tak, to robi wrażenie i zostaje w pamięci, ale jakoś chyba w zdecydowanej większości potrafimy wyprzeć tę wiedzę, oprawić ją jak starą książkę i odłożyć na półkę gdzieś w mózgu, oddalić na tyle, że nie budzi nas w nocy, nie wpływa na nasze emocje, nie niszczy nam życia. Sięgamy po te historie, gdy są potrzebne do tekstu czy prezentacji, a potem wracają na swoje miejsce w regale.

Ale mamy w tym wszystkim jeden ogromny komfort, którego pozbawiona była Grażyna Jagielska. Otóż my czytamy czy słuchamy o zupełnie obcych ludziach. Ona była bombardowana historiami, w których jej mąż, najbardziej ukochana na świecie osoba, był głównym lub w każdym razie ważnym bohaterem. To on był blisko, gdy jego gruzińskiemu znajomemu wybuch oderwał głowę. To on myślał, że może załatwić gwałconej Czeczence transfer w bezpieczniejsze miejsce, ale nagłe wezwanie od żony zmusiło go do pilnego powrotu do kraju, nim zdążył pomóc kobiecie. To jego życiu tyle razy zagrażało bardzo realne niebezpieczeństwo.

Przez 20 lat Jagielska przeżywała regularne okresy niemal zwierzęcego lęku o to, co dzieje się z jej mężem. W pewnym momencie nabrała przekonania, że on kiedyś zginie, to tylko kwestia czasu. Traciła kontakt z rzeczywistością, doszła już do etapu, na którym jakaś zbolała część jej psychiki, chwilami dominująca nad nią całą, wręcz chciała wreszcie dostać tę wiadomość, że on zginął. Żeby mieć to już za sobą, uwolnić się od lęku, przeżyć nieuniknione, pójść dalej. W efekcie to u Jagielskiej zdiagnozowano PTSD (zespół stresu pourazowego), poważne zaburzenie psychiczne charakterystyczne dla osób, które przeszły sytuacje bezpośredniego zagrożenia własnego życia, w tym żołnierzy i dziennikarzy wracających z wojen, ale bardzo rzadkie u członków ich rodzin. To pokazuje skalę lęku, napięcia i psychicznego cierpienia, przez jakie przechodziła.

Granice miłości?
I wreszcie trzeci poziom tej historii, chyba najbardziej uniwersalny. Gdy czytałem opowieść Jagielskiej, gdzieś z tyłu głowy coraz głośniej dudniły mi pytania o mechanizmy rządzące związkiem dwojgiem ludzi. Ile trudnych chwil można przeżyć dla ukochanej osoby? Jak bardzo się poświęcić? Jak bardzo można się od siebie w związku oddalić, aby mimo wszystko pozostać razem? Jak wiele własnego szczęścia można oddać dla pasji partnera czy partnerki? Bo nie ulega wątpliwości, że nie tylko Grażyna Jagielska jako pojedyncza osoba płaciła wielką cenę za pracę Wojciecha Jagielskiego. Cierpiało na tym także ich małżeństwo, ich związek, po prostu ich miłość. Autorka bez ogródek pisze o tym, jak nabierała poczucia, właściwie pewności, że najciekawsze i najważniejsze rzeczy w życiu jej męża dzieją się już poza ich małżeństwem. Nie była mu niezbędna do szczęścia, nie miał potrzeby dzielenia z nią swoich najlepszych chwil. Po części z troski o nią, bo te najlepsze chwile bywały naprawdę straszne, o czym przekonała się na własnej skórze, gdy kilka razy wyjechali razem. Ale tak naprawdę to chyba wymówka. Bo jeśli kogoś bardzo kochamy, to organizujemy sobie życie tak, aby móc dzielić niepowodzenia i smutki (co akurat Jagielski czynił wobec żony dość sumiennie), ale też chwile radości i spełnienia. Jagielscy byli już nawet u prawnika, wprawdzie wspólnie i zgodnie, ale jednak celem wizyty było uzgodnienie prawnych aspektów planowanego rozwodu. Ostatecznie pozostali małżeństwem, nadal mieszkali razem, oczywiście gdy Wojciech był w Polsce. Autorka nie pozostawia nam jednak złudzeń, że choć cały czas bardzo kochała swego męża i on ją na swój sposób zapewne też, to narastało w niej poczucie, że łączy ich coraz mniej.

Aż zdarzył się happy end. Chociaż bardzo nieoczywisty. W pewnym momencie Jagielska zaczęła zdradzać już ewidentne objawy zaburzeń psychicznych. Wcześniej były one zauważalne dla jej bliskich, teraz pokazała je światu, mówiąc przypadkowo spotkanej osobie, że jest wdową, choć jej mąż siedział w tym czasie, cały i zdrowy, przy swoim biurku w siedzibie Agory na Czerskiej. Jej mąż pisemnie zobowiązał się, że już nigdy nie pojedzie do kraju ogarniętego wojną. Zadeklarował, że miłość do niej jest dla niego ważniejsza niż kariera. Ona podjęła długie i żmudne leczenie psychiatryczne i terapeutyczne, a on zupełnie przemeblował swoje zawodowe życie, tak aby zdecydowaną większość pracy wykonywać z Warszawy. Są ze sobą do tej pory, choć Jagielska otwarcie wyznaje w epilogu książki, że nie wie, czy jest szczęśliwy i czy nie poświęca się dla niej za bardzo. Ale w każdym razie wydają się znów być sobie bliscy i szczęśliwi ze sobą.

I jeszcze przepiękny, przynajmniej dla mnie, cytat na koniec: Przeszłość, jakakolwiek by nie była, zawsze jest siłą człowieka, ponieważ tylko dzięki niej można coś naprawić. I dlatego wierzę w swoje udane życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *