Tate i Tennant grają Szekspira

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 27 grudnia 2015 w poprzedniej wersji mojej strony. 

Dziś znów będzie o retransmisji brytyjskiego spektaklu teatralnego, ale tym razem z małą różnicą względem poprzednich wpisów z tej samej kategorii. Wcześniej pisałem bowiem o produkcjach pokazywanych w ramach projektu National Theatre Live. Dzisiaj zajmę się spektaklem zarejestrowanym w ramach konkurencyjnej platformy Digital Theatre. Różnią się głównie tym, że o ile retransmisje NT Live wymagają wizyty w kinie, ale dają też kinową jakość doznań, o tyle Digital Theatre jest płatną platformą internetową, z której można korzystać w domu czy nawet w podróży. Jeżeli zatem ktoś chciałby sam wyrobić sobie zdanie o opisywanym dziś przeze mnie spektaklu, za 5,50 euro lub 4 funty można obejrzeć go tutaj.

Gwiazdy grają Szekspira
A spektaklem tym jest „Wiele hałasu o nic” Szekspira, zarejestrowane w lecie 2011 roku w Wyndham’s Theatre na londyńskim West Endzie. Producentką tej inscenizacji była Sonia Friedman, która wyprodukowała też głośnego tegorocznego „Hamleta” z Barbican Centre, a reżyserką Josie Rourke, której „Koriolana” z Dormar Warehouse opisywałem tej jesieni. W rolach głównych wystąpiły dwie wielkie gwiazdy brytyjskiej telewizji: specjalizująca się w rolach komediowych Catherine Tate oraz David Tennant, szkocki przystojniak znany najszerzej jako dziesiąta (występująca w odcinkach z lat 2005-2010) inkarnacja Doctora Who, chyba najsłynniejszego bohatera brytyjskiego science-fiction.

Tutaj można znaleźć kilka krótkich fragmentów spektaklu opublikowanych przez dystrybutora retransmisji. Ja ograniczę się do wklejenia jednego, w którym obie gwiazdy występują razem:

Tradycyjnie już nie będę zbyt dokładnie streszczał tekstu Szekspira, wyręczając się Wikipedią. Powiem tylko, że z mojej perspektywy „Wiele hałasu o nic” jest bliskie w swej konstrukcji fabularnej wielu współczesnym komediom romantycznym. A przynajmniej tak wygląda w tej inscenizacji, która jak przystało na jeden z komercyjnych teatrów West Endu została wyraźnie stworzona po to, aby bawić szeroką publiczność, eksploatować popularnych aktorów i zarabiać pieniądze, a niekoniecznie dla realizacji ambicji artystycznych, mimo że Josie Rourke należy do pierwszej ligi brytyjskich reżyserów teatralnych. Poważniejsze motywy, które Szekpir przemycił do tego tekstu, dotyczące takich kwestii jak dworskie intrygi czy też tragiczne nieraz konsekwencje specyficznego pojmowania honoru i wstydu (co dziś kojarzy nam się głównie ze światem islamskim, ale jeszcze nie tak dawno było bardzo mocno obecne też w naszym kręgu cywilizacyjnym) zostały tutaj nieco zepchnięte na dalszy plan. Wiadomo, w każdej komedii romantycznej musi przyjść moment kryzysu, żeby potem był happy end. I taką rolę pełnią tu właśnie najbardziej dramatyczne sceny tej sztuki.

Między kunsztem aktorskim a błazenadą
W swojej najbardziej romantycznej warstwie, „Wiele hałasu o nic” to historia dwóch par. Relacja Claudio i Hero toczy się według czegoś, co dziś jest najbardziej oczywistą kalką fabularną, ale to nie jest zarzut wobec Szekspira, bo przecież napisał to 400 lat temu, tylko raczej wobec branży filmowej, która tą kalkę od dziesięcioleci ciągle powiela. W skrócie: najpierw jest super, potem przychodzi straszny kryzys, ale wszystko kończy się wyciskającą łzy wzruszenia sceną pojednania. Może nie umiem docenić prawdziwego romantyzmu, ale cóż: papierowe i przewidywalne. Zresztą grający tę parę bohaterów w tej inscenizacji Sarah Macrae i Tom Bateman nie robią zbyt wiele, by uczynić swe postacie ciekawszymi. Być może zresztą celowo tak nimi pokierowano, aby nie przyćmili dwóch gwiazd wieczoru.

Dużo ciekawiej napisany jest wątek drugiej pary, Beatrice i Benedicka, których grają Tate i Tennant. W tym przypadku również zakończenie jest dość przewidywalne od pierwszej sceny (wiadomo, że para gardzących małżeństwem i sobą nawzajem ludzi przeciwnych płci w końcu się w sobie zakocha), ale przynajmniej Szekspir obdarzył obie te postacie iskrzącymi dialogami i scenami, w których można pokazać dużo komediowego kunsztu.

I teraz pytanie, jak poradziły z tym sobie nasze gwiazdy? Nie będę ukrywał, że znacznie bliższe mi jest to, co pokazał David Tennant. Zgodził się na odważną, wymagającą dużego dystansu do siebie wizję reżyserki. W jednej ze scen gra w damskich pończochach, w innej musi umazać się cały białą farbą, do tego nosząc koszulkę z wielkim logo Supermana. Jest w tym sporo farsy, ale moim zdaniem Tennant bardzo dokładnie trafia w tę cienką linię oddzielają bardzo komediowy, ale jednak dość inteligentny i zajmujący styl gry aktorskiej, od totalnej błazenady w stylu klaunów czy kiepskich kabaretów. Ta postać ma śmieszyć i śmieszy cudownie, ale jest też wiarygodna w poważniejszych scenach.

Zupełnie inaczej do swojego zadania podeszła Catherine Tate. Jej interpretacja Beatrice jest celowo przerysowana, pełna akcentowanej na różne sposoby umowności i niepotrzebnego puszczania oka do publiczności. Teatr jest zajęciem bardzo zespołowym, a Tate momentami zachowuje się tak, jakby grała niemalże solowy standup. Do tego nie jestem do końca pewien, czy przy całej tendencji współczesnych reżyserów do odbrązawiania Szekspira, należy posuwać się aż do gagów w rodzaju „wisząca na linie nad sceną Beatrice nie może zapanować w powietrzu nad własnym obfitym biustem”. Oczywiście chwała Catherine Tate za dystans do siebie, pozwalający do tego stopnia używać własnego ciała jako rekwizytu, ale na Boga: to jest jednak Szekspir, a nie Kabaret Skeczów jakichśtam…

I na koniec Twój wuefista…
Całkiem udane jest natomiast przeniesienie akcji z historycznej Mesyny do utrzymanej w klimacie lat 80. (poprzez stroje, rekwizyty i muzykę) współczesności. Nie naruszając oryginalnego tekstu, dodano kilka krótkich scen bez dialogów, które pomagają lepiej zrozumieć bieg wydarzeń. Zupełnie poboczny wątek Straży Książęcej zamieniono w małą komediową perełkę, swego rodzaju przerywnik głównej opowieści, z cudownie śmieszną rolą Johna Ramma jako komendanta tejże straży, który wygląda niczym parodia sierżantów z komedii o żołnierzach lub wyjątkowo trafna karykatura twardego wuefisty, jakiego każdy z nas kiedyś pewnie miał.

Podsumowując, recenzent „Financial Timesa” uznał to wystawienie „Wiele hałasu o nic” za „hit na lato”. To bardzo trafna ocena. Wiadomo, w lecie jest gorąco, w lecie chcemy odpocząć, nie ma co wystawiać się na zbyt silne artystyczne doznania, lepiej się pobawić. W tym samym czasie w dedykowanym klasycznej dramaturgii teatrze The Globe grano znacznie poważniejszą inscenizację tej samej sztuki, więc londyńczycy mogli poznać dwa spojrzenia na jeden tekst. Ta produkcja miała być lekka, efektowna, gwiazdorska. I jest. I już.

One comment Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *