Opowieść o kobiecej sile

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 22 stycznia 2016 w poprzedniej wersji mojej strony internetowej.

„Dziwne życie Jane Eyre” (tytuł oryginalny: Jane Eyre. An Autobiography) zaliczane jest do arcydzieł literatury wiktoriańskiej. Powszechnie uważa się je także za najważniejsze dokonanie pisarki Charlotte Brontë (1816-1855). Książka doczekała się już bardzo licznych adaptacji scenicznych, ekranowych i radiowych, w większości pieczołowicie odtwarzających atmosferę epoki. Tej zimy widzowie cyklu National Theatre Live (transmisji kinowych z Teatru Narodowego i innych czołowych scen teatralnych Londynu) mogą zobaczyć bardzo oryginalną i nieszablonową wersję tej historii, przygotowaną przez artystów teatru Old Vic z Bristolu. Zobaczmy zwiastun:

Próżno byłoby szukać na plakatach czy w materiałach prasowych nazwiska autora adaptacji. Zamiast tego widnieje tam formułka „devised by the Company”, czyli jakby „opracowane przez obsadę”. Taki właśnie proces twórczy zaproponowała swojemu zespołowi reżyserka Sally Cookson. Przygotowała tylko najbardziej podstawowy szkielet przedstawienia (tytuły scen, początek i zakończenie), resztę zaś aktorzy, muzycy i choreografowie wypełnili treścią wspólnie w ciągu sześciu tygodni intensywnych prób. Czerpiąc z książki Brontë, artyści improwizowali kolejne sceny, metodą prób i błędów dochodząc do najlepszych rozwiązań, które potem – już spisane i uporządkowane – stały się treścią spektaklu. Niektóre dialogi zapożyczyli z oryginału, ale inni napisali sami. W efekcie powstała adaptacja nieortodoksyjna pod względem literackim, ale za to bardzo oryginalna inscenizacyjnie.

Oto filmik wyjaśniający, jak to działa:

Wersja oryginalna, wystawiana w Bristolu w 2014 roku, trwała około czterech i pół godziny, zaś odgrywano ją w dwóch częściach, przez dwa kolejne wieczory. Teatr Narodowy w Londynie, zapraszając tę produkcję do siebie na okres od września 2015 do stycznia 2016, postawił warunek skrócenia spektaklu do jednego dnia. Wersja stołeczna trwa w okolicach trzech i pół godziny, z uwzględnieniem jednej przerwy. Spektakl specjalny z udziałem kamer NT Live odbył się w połowie grudnia. Sztuka grana była w Lyttleton Theatre, jedynym z czterech audytoriów Teatru Narodowego, w którym zastosowana została najbardziej typowa we współczesnym teatrze konstrukcja sali, z zamkniętą trzema ścianami sceną, widownią naprzeciwko niej i niewidzialną „czwartą ścianą” między nimi.

Od strony fabularnej opowieść o pannie Jane Eyre jest zwykle uważana za przykład gatunku określanego przez mądrych literaturoznawców niemieckim słowem Bildungsroman. Oznacza to historię o przechodzeniu z dzieciństwa w dorosłość, ale taką, gdzie szczególny nacisk położony jest na moralne i psychologiczne dojrzewanie bohatera czy bohaterki. I ten właśnie aspekt powieści Charlotte Brontë jest zdecydowanie najważniejszy w tej inscenizacji. Widzimy bardzo trudne dzieciństwo bohaterki, doświadczającej niezasłużonego okrucieństwa i ostracyzmu, najpierw z rąk swojej wyrodnej ciotki-macochy i jej dzieci, a potem w instytucji (bo, jak podkreśla się w tekście, miejsce to nie jest „szkołą”, lecz „instytucją”) dla dziewcząt z biednych rodzin. Później następuje fabularny przeskok, po którym Jane jest już młodą, inteligentną i bardzo przyzwoicie wykształconą kobietą. Zostaje nauczycielką w swojej dawnej „instytucji”, a potem guwernantką w domu zamożnego posiadacza ziemskiego. Z czasem między nią a jej pracodawcą rodzi się uczucie.

Ale tak naprawdę wszystkie te perypetie Jane, zarówno związane z dorastaniem, jak i potem z jej trudną miłością do pana Rochestera, służą nadrzędnemu celowi, jakim jest ukazanie niezwykłej siły ducha i moralności tej dziewczyny. „Dziwne życie Jane Eyre” nazywane jest tekstem protofeministycznym. Wystawiony w Bristolu i Londynie spektakl nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości. Wielka Brytania epoki wiktoriańskiej to miejsce i czas pełne niezwykle głębokich podziałów społecznych. Na tle pochodzenia czy majątku, ale też płci. Bycie biedną, młodą dziewczyną z prowincji wymagało akceptacji bardzo pośledniej pozycji społecznej, a także wyzbycia się poważniejszych ambicji intelektualnych. Tymczasem Jane z pokorą przyjmuje swoje miejsce na drabinie społecznej, ale jednocześnie nikt nie jest w stanie odebrać jej prawa do samodzielnego myślenia, do decydowania o samej sobie, do szerokich horyzontów. A co najważniejsze, ma w życiu jasne zasady i wartości, na podstawie których – nieraz w bólach i wątpliwościach, ale jednak bardzo konsekwentnie – podejmuje kluczowe decyzje. Najważniejszą z tych zasad jest dążenie, aby nikogo nie skrzywdzić, nawet za cenę osobistego cierpienia. Nie karać nikogo za sytuacje, na które nie mieli wpływu. I nigdy, przenigdy nie stracić poczucia własnej godności. W jednej ze scen Jane mówi wprost panu Rochesterowi, że choć ona jest biedną kobietą, a on bogatym mężczyzną, pod względem duchowym nie ma między nimi żadnej różnicy. Rewolucyjna teza, jak na połowę XIX wieku.

A teraz kilka zdań o samej inscenizacji. Dość szybko zrozumiałem, czemu, w przeciwieństwie do zeszłorocznego „Hamleta” czy tegorocznych „Niebezpiecznych związków”, o których będą tu pisał wczesną wiosną, ta produkcja nie była zbyt szeroko reklamowana przez polskiego dystrybutora NT Live. Wydaje mi się, że jest to taki rodzaj teatru, który stawia widzowi pewne wymagania i nie każdemu trafi do przekonania. Wszystko jest tu mocno umowne. Pole gry zdominowane jest przez dość dziwaczną, wielopoziomową konstrukcję z drewnianych platform i metalowych drabin, po których śmigają aktorzy, zaś do widzów należy wyobrażenie sobie pomieszczenia czy pleneru, w którym w danej chwili rozgrywa się akcja (swoją drogą, odtwórczyni głównej roli kilkadziesiąt razy wchodzi lub schodzi po drabinie w długaśnej sukni – zabieg wymagający sporej kondycji i koncentracji, ale dla mnie nie do końca zrozumiały dramaturgicznie).

Tylko aktorka grająca Jane ma przypisaną na stałe jedną postać, inni aktorzy występują w kilku czy kilkunastu różnych rolach, często bardzo różnych. To pogłębia wrażenie zupełnej umowności wszystkiego, ale z drugiej strony umożliwia artystom pokazanie skali swoich możliwości warsztatowych. W tym kontekście szczególne wrażenie robi dwoje aktorów. Craig Edwards najpierw jest surowym dyrektorem szkoły dla sierot, by później stać się biegającym i szczekającym (zupełnie dosłownie!) psem pana Rochestera. Z kolei Laura Elphinstone gra cały wachlarz ważnych dla fabuły ról drugoplanowych, od przyjaciółki Jane z dzieciństwa poprzez jej francuską wychowankę, gdy Jane pracuje jako guwernantka, aż po mężczyznę – anglikańskiego misjonarza, niedoszłego męża Jane.

Wspomnianą aktorką w roli tytułowej jest Madeleine Worrall. Zaprezentowała ona jasną, realizowaną konsekwentnie wizję Jane. Bardzo dosłownie potraktowała książkowy opis Jane, wedle którego była kobietą „biedną, skromną, prostą i małą”. Worrall bardzo chce, żeby inteligencja i duchowa siła Jane mocno kontrastowały z jej niepozornym stylem bycia, wyglądem, nawet sposobem mówienia. Aktorka wychodzi na scenę w minimalnym makijażu, z mało efektowną fryzurą, przez niemal cały spektakl nosi bardzo skromne stroje, do tego używa akcentu północnoangielskich prowincjuszy, jakiego zresztą używałaby też pewnie Jane. Epoka wiktoriańska kojarzy się w brytyjskiej kulturze z pewnym szykiem, elegancją, dystynkcją. Tymczasem Worrall robi wszystko, aby od Jane aż biła prostota serca i obyczajów. Momentami zastanawiałem się, czy artystka nie idzie za daleko i nie przerysowuje tej postaci, nie czyni ją zbyt pomnikową. Ale musiałbym chyba przeczytać książkę Brontë, żeby ocenić w pełni, czy taka wizja Jane pochodzi od aktorki czy raczej z pierwowzoru literackiego. Dla mnie Jane jest momentami zbyt idealna, za mało w niej ludzkich słabości, aby ten portret był do końca przekonujący, przy całym moim podziwie dla tej niezwykłej postaci.

A oto krótki film dokumentalny, który widzowie w kinach mogli zobaczyć w czasie antraktu:

Tym, co najbardziej podobało mi się w tym spektaklu poza niebanalną fabułą, było wykorzystanie muzyki. Aktorom towarzyszy na scenie grający na żywo zespół, wykonujący zarówno muzykę napisaną specjalnie na tę okazję, jak i własne covery kilku znanych piosenek. Znakomicie radzi sobie wokalistka Melanie Marshall, której właściwą rolę w fabule poznajemy dopiero blisko finału. Bardzo ciekawe, odprężające i pozwalające odetchnąć chwilę od tej niełatwej historii są sceny, gdy Jane podróżuje między różnymi, ważnymi w jej życiu miejscami, co zostaje ukazane jako układ choreograficzny z rytmiczną muzyką i niemal rapowanymi nazwami stacji kolejowych. Piękna jest też scena symbolicznego przejścia Jane w dorosłość. Rozgrywa się bez dialogów, przy samej muzyce i polega na zdjęciu przez Jane szkolnego mundurka i nałożeniu na siebie wiktoriańskiego gorsetu oraz dorosłej już sukni.

Podsumowując, jest to spektakl pełen odważnych decyzji inscenizacyjnych, obarczonych pewnym ryzykiem. Z niektórymi pomysłami można się zgadzać, z innymi trochę mniej. Ale przy pewnej dozie skupienia i dobrej woli, jest to bardzo mocna historia o niezwykłej kobiecie, opowiedziana w poruszający sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *