Australijska polityka dla początkujących, cz. 1

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 9 listopada 2015 w poprzedniej wersji mojej strony internetowej. 

Niedawno opublikowałem na moim blogu dwuczęściowy (część 1, część 2) przewodnik po brytyjskiej polityce. Poruszyłem tam tematy, które uznałem za poziom „średnio zaawansowany”, ponieważ wyszedłem z założenia, że większość z Was coś tam kiedyś o podstawach brytyjskiej polityki słyszała, choćby w mediach czy na wosie w szkole. Zachęcony dość pozytywnym przyjęciem tamtych tekstów, dzisiaj zapraszam w podróż do kolejnego kraju, którego polityką się zajmuję.

Nazwa Australia pochodzi od łacińskiego terminu Terra Australis Incognita, czyli Nieznana Ziemia Południowa. Tak nazywali ją kiedyś europejscy naukowcy, gdy wyliczenia i hipotezy kazały im sądzić, że gdzieś tam musi być jakiś ląd, ale jego dokładne granice nie były nikomu jeszcze znane. Australijska polityka też jest taką nieznaną ziemią, nawet dla politologów, oczywiście poza światem anglosaskim. Dopóki ktoś nie zacznie się nią zajmować bardziej serio, zwykle wie na ten temat bardzo niewiele. Dlatego zaczynamy tym razem od poziomu „dla początkujących”.

1. Skąd wziął się Związek Australijski?
Państwo australijskie w swej dzisiejszej postaci powstało 1 stycznia 1901 roku, z połączenia sześciu istniejących wcześniej na tym kontynencie kolonii brytyjskich. Najstarsza z nich, Nowa Południowa Walia, powstała w 1788 roku, wraz z przybyciem na kontynent tzw. Pierwszej Floty. Jeśli ktoś właśnie zwrócił uwagę, że dziwnym trafem stało się tuż po utracie przez UK kolonii, które utworzyły Stany Zjednoczone, to trop jest jak najbardziej poprawny! W kolejnych dekadach dołączyły do niej Wiktoria, Queensland, Australia Południowa, Tasmania (zwana początkowo Ziemią Van Diemena) i Australia Zachodnia (na początku znana krótko jako Kolonia Rzeki Łabędziej). Nie ma tu dzisiaj miejsca ani potrzeby na streszczanie kolonialnego etapu historii Australii, chociaż jest bardzo ciekawy i może kiedyś tu do niego wrócę. Ale jeżeli ktoś pragnie zanurzyć się w ten temat nie czekając na mnie, to w 2004 roku ukazało się polskie wydanie „Historii Australii” Manninga Clarka i moim zdaniem jest to najlepszy zarys dziewiętnastowiecznych dziejów Australii dostępny w naszym pięknym języku. W każdym razie, powiedzmy to raz jeszcze, z dniem 1 stycznia 1901 powyższe sześć kolonii utworzyło federację pod nazwą Związek Australijski. Później do stanów doszły jeszcze terytoria, z których dziś dwoma najważniejszymi są Terytorium Północne i Australijskie Terytorium Stołeczne. O różnicach między stanami a terytoriami powiem jeszcze osobno w drugiej części tekstu.

2. Jaki Australia ma w zasadzie ustrój polityczny?
Australia jest dla politologa o tyle ciekawym przypadkiem, że jej ustrój stanowi połączenie systemów politycznych Wielkiej Brytanii i USA, do których z czasem dodano pewne oryginalne elementy lokalne. Z UK wzięto cały tzw. model westminsterski, czyli monarchię konstytucyjną ze specyficznie skonstruowanymi relacjami parlamentu i rządu. Z kolei z Ameryki zaczerpnięto federalizm, w tym typową dla federacji strukturę parlamentu. A zatem, gdyby chcieć odpowiedzieć fachowo i jednozdaniowo, Australia jest federacyjną monarchią konstytucyjną, połączoną unią personalną z Wielką Brytanią. Jeżeli komuś to zdanie wydało się przerażające – błagam, nie przerywajcie jeszcze lektury, dajcie mi szansę, poniżej wyjaśnię to kawałek po kawałku!

3. Kto jest w Australii głową państwa?
Jak napisałem wyżej, Australia pozostaje w unii personalnej z Wielką Brytanią. Oznacza to, że choć formalnie stanowiska królowej (króla) Wielkiej Brytanii i królowej (króla) Australii są rozdzielone, to objęcie tronu w Londynie automatycznie oznacza sukcesję również w Canberze. Oczywiście przez większość czasu monarchini (trzymajmy się już rodzaju żeńskiego, mało kto pamięta jeszcze króla Jerzego VI czy tym bardziej jego poprzedników) przebywa poza Australią. Aby temu zaradzić, podobnie jak w innych krajach posiadających ten element ustrojowy (największe to Kanada i Nowa Zelandia) wprowadzono urząd gubernatora generalnego. Jest to urzędnik, który na co dzień wypełnia w australijskim życiu politycznym i publicznym zadania przypisane nominalnie królowej. W praktyce, podobnie jak królowa „panuje, ale nie rządzi” (co już wyjaśniałem na blogu), tak i gubernator generalny jest całkowicie podporządkowany rządowi federalnemu, pochodzi de facto z jego nominacji (królowa ją tylko formalnie zatwierdza i ogłasza jako swoją) i poza zupełnie wyjątkowymi sytuacjami nie robi absolutnie niczego, co byłoby nie po myśli rządu. Jeżeli kiedyś dojdziemy z naszą australijską opowieścią do poziomu „dla średnio zaawansowanych”, to pewnie wyjaśnię, jak to dokładnie działa ustrojowo i proceduralnie, ale na razie uwierzcie mi na słowo, że w praktyce od gubernatora generalnego oczekuje się, że będzie ciepłym, raczej apolitycznym dziadkiem albo babcią, zwykle bardzo zasłużoną we wcześniejszym życiu (np. dyplomatycznym czy wojskowym), która będzie jeździła po kraju, otwierała szpitale, odsłaniała pomniki i wykonywała inne czynności o podobnym znaczeniu.

4. Parlament Australii, czy co?
Australijski parlament jest fascynującą (przynajmniej dla mnie, co zrobić, każdy ma jakieś zboczenie) hybrydą Parlamentu Zjednoczonego Królestwa i Kongresu Stanów Zjednoczonych. Nazwy izb zostały zaczerpnięte z USA, a zatem mamy Izbę Reprezentantów i Senat. Również amerykański jest pomysł na sposób wyboru izb. Izba Reprezentantów składa się ze 150 posłów wybieranych w jednomandatowych okręgach wyborczych, zaś liczba miejsc przypadających poszczególnym stanom i terytoriom Australii jest co do zasady proporcjonalna do ich ludności. Z kolei w Senacie każdy stan jest jednym wielkim okręgiem wyborczym, zaś liczba przedstawicieli stanów (ale już nie terytoriów!) jest stała niezależnie od ich ludności. Liczba ta zmieniała się na przestrzeni dziejów, obecnie wynosi po 12 senatorów z każdego stanu. Formalnie trzecią izbą parlamentu jest królowa, ale nie ma to żadnego praktycznego znaczenia politycznego. Z Wielkiej Brytanii obie izby czerpią w dużej mierze stosowaną w ich pracach terminologię i tytulaturę, elementy wystroju sal (w izbie niższej tradycyjnie dominuje zieleń, w wyższej czerwień), a także, co najważniejsze, model relacji rządu z parlamentem, a do pewnego stopnia także relacji między izbami. Rozwiniemy ten wątek następnym razem, ale na razie powiedzmy, że australijski Senat jest zdecydowanie słabszy pod względem realnego wpływu na politykę niż jego amerykański imiennik, ale też znacznie silniejszy niż Izba Lordów, której australijską wersję wielu chciałoby w nim widzieć.

5. Jakie są charakterystyczne zasady wyborów do Parlamentu Australii?
Wskazałem już na podobieństwa australijskiego parlamentu do swego amerykańskiego pierwowzoru. Wśród różnic najbardziej rzuca się w oczy inny system wyborczy. Przede wszystkim, kadencja Izby Reprezentantów Australii trwa trzy lata (przypominam, w USA dwa), przy czym może być skrócona przez gubernatora generalnego na wniosek premiera. Kadencja senatorów trwa sześć lat i, poza wyjątkowymi sytuacjami związanymi z rozwiązaniem parlamentu, przy każdych wyborach do Izby odnawia się też połowę składu Senatu. Po drugie, od lat 20. XX wieku udział w wyborach jest w Australii obowiązkowy, co w USA jest totalnie nie do pomyślenia. Nieusprawiedliwiona nieobecność karana jest grzywną.

Druga bardzo ważna różnica to odmienne ordynacje wyborcze. Zacznijmy od Izby Reprezentantów. Jak wiadomo, w USA działa system identyczny jak w brytyjskiej Izbie Gmin (albo w polskim Senacie), czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie do uzyskania mandatu wystarczy większość względna (a jeśli znów straszę terminologią, to chodzi o taką sytuację: jeśli np. w okręgu X kandydat A otrzyma 37,1% głosów, kandydat B 37%, a resztę inni kandydaci, to i tak kandydat A zostanie wybrany na posła, mimo że poparło go znacznie poniżej połowy głosujących). W Australii to tak nie działa! Mamy tutaj ordynację preferencyjną, która polega na tym, że wyborca numeruje kandydatów w kolejności od najbardziej do najmniej popieranego. Komisja wyborcza najpierw liczy „jedynki” zebrane przez kandydatów i patrzy, czy ktoś ma większość bezwzględną (50% + 1 głos). Jeśli ma, kończymy liczenie i gratujemy nowo wybranemu posłowi. Jeśli nie ma, komisja do głosów z „jedynek” dodaje głosy z „dwójek” i znów patrzy. I tak do skutku, a skutkiem jest większość bezwzględna, która sprawia, że z reguły wybrany poseł ma jako takie poparcie powyżej połowy głosujących, bo nawet nie jeśli nie był ich pierwszym typem, to dali mu drugą albo trzecią lokatę. Taki system wyborczy w pewnych okresach historii Australii miał bardzo duży wpływ na prowadzoną politykę, zwłaszcza zagraniczną, ale o tym przy innej okazji.

Jeśli chodzi o Senat, obowiązuje ordynacja proporcjonalna, w której stosuje się do przeliczania głosów na mandaty metodę tzw. pojedynczego głosu przechodniego, znaną też w żargonie politologicznym jako metoda STV. Jej dobre wytłumaczenie zajmuje co najmniej pół strony tekstu, więc pozwólcie, że Wam tego oszczędzę, ale polecam wyjaśnienie przygotowane przez moje koleżanki i kolegów z Wikipedii. Skupiając już na samych efektach takiej ordynacji, o ile w Izbie Reprezentantów Australii panuje generalnie system dwublokowy, o tyle w Senacie wybory proporcjonalne pozwalają zaistnieć, oczywiście w dość skromnej liczebności, mniejszym partiom w stylu Zielonych.

I to tyle na dzisiaj. Część druga najpewniej za ok. dwa tygodnie (bo chcę stosować na blogu lekki płodozmian i nie pisać ciągle na jeden temat, choćby ciekawy), a do tego czasu zachęcam do komentowania i zadawania pytań.

Zdjęcie: Gmach Parlamentu Australii w Canberze o świcie.
Autor i licencja: JJ Harrison / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0

One comment Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *