Brytyjska polityka dla średnio zaawansowanych, cz. 2

Wpis ukazał się po raz pierwszy w dniu 24 października 2015 w poprzedniej wersji mojej strony internetowej.

Dzisiaj przystępuję do pisania z odrobinę drżącym sercem. Przyjęcie pierwszej części tego wpisu, opublikowanej tydzień temu, przeszło moje wszelkie oczekiwania. Oprócz bardzo pozytywnego odzewu ze strony wiernych Znajomych, tekst został polubiony i skomentowany nawet przez osoby, których nie znam osobiście. Bardzo dziękuję wszystkim za czas poświęcony na lekturę tego bloga! No i cóż, mam nadzieję, że dziś też uda mi się Was choć trochę zaciekawić.

Odpowiedzi na komentarze i pytania Czytelników
Zanim przedstawię drugą piątkę pytań, na które chciałem odpowiedzieć w tych tekstach, pozwólcie, że odniosę się jeszcze do szczególnie ciekawych uwag czy pytań spod pierwszej części (wpisanych zarówno pod tekstem, jak i na FB). Jan Fabian Woźniak wyraził wątpliwość, czy słusznym jest klasyfikowanie Wielkiej Brytanii jako monarchii konstytucyjnej, skoro np. w polskich szkołach młodzież jest uczona, że to monarchia parlamentarna. Przejrzałem trochę źródeł i potwierdziła się teza, którą postawiłem na gorąco w odpowiedzi na komentarz Czytelnika. Otóż polscy badacze rzeczywiście uznają UK raczej za monarchię parlamentarną, czyni tak np. prof. Konstanty Adam Wojtaszczyk w bardzo klasycznym już kompendium podstaw nauk politycznych pt. Społeczeństwo i polityka (ja mam na półce III wydanie tej pracy, z 2003 roku, a informacja ta jest na stronie 305). Ale już źródła anglojęzyczne używają raczej terminu constitutional monarchy, nawet sam dwór królewski określa tak brytyjski ustrój na swej oficjalnej stronie. Myślę jednak, że nie jest to spór merytoryczny między dwoma stanowiskami, a jedynie różnica terminologiczna. To, co w polskiej nomenklaturze określa się mianem monarchii parlamentarnej, w UK zawiera się w szerszym pojęciu monarchii konstytucyjnej.

Z kolei Michała Markowskiego szczególnie zaciekawiła zasygnalizowana przeze mnie kwestia pojemności sali posiedzeń Izby Gmin, gdzie fizycznie może się pomieścić niecałe 2/3 całkowitej liczby posłów. Sprawdziłem dokładniej, jak działa to w praktyce. Niektórzy posłowie mają zagwarantowane miejsce na sali, są to przede wszystkim frontbenchers z obu stron (termin ten wyjaśniłem tydzień temu), a także Ojciec Izby, czyli ktoś na kształt polskiego marszałka seniora Sejmu. Pozostali posłowie muszą skorzystać z tzw. prayer cards. Są to karteczki, na których rano, przed rozpoczęciem obrad, wpisuje się swoje nazwisko i wsuwa się je do specjalnie przygotowanej minigablotki, umieszczonej na każdym z miejsc w sali posiedzeń. W ten sposób posłowie rezerwują sobie miejsca na cały dzień. Aby jednak rezerwacja była ważna, dany poseł musi zasiąść na wybranym miejscu podczas pierwszego punktu obrad danego dnia, którym zwyczajowo jest poranna modlitwa, trwająca zresztą tylko trzy minuty. Po modlitwie można już sobie przychodzić tylko na wybrane punkty porządku dziennego, a inne opuszczać, ale rezerwacja pozostaje w mocy przez cały czas, do końca dnia.

No to wracamy do pytań, dzisiaj te umieszczone przeze mnie na pozycjach 6-10 na mojej liście.

6. Co robią w brytyjskim parlamencie ubijacze?
Zacznijmy od porządków terminologicznych. W tekstach po polsku zdarza się, że angielskie słowo whips jest tłumaczone jako „ubijacze”, co jeszcze językowo da się może jako tako obronić (wszak bita śmietana to whipped cream), ale jest błędne od strony pochodzenia tego terminu. Whip ma wiele znaczeń, a jedno z nich to „bicz” lub (jako czasownik to whip) „biczować”. Brr, zrobiło się trochę drastycznie, ale taka jest prawda historyczna! Whips to funkcja występująca we wszystkich partiach parlamentarnych, a szczególnie ważna w partii rządzącej i głównej partii opozycyjnej. Są to posłowie, którym powierzono zadanie dbania o dyscyplinę, zwłaszcza w głosowaniach. Jak już pisałem przed tygodniem, backbenchers (posłowie spoza rządu lub gabinetu cieni) mają tendencję do tego, aby mieć w wielu sprawach inne zdanie niż kierownictwo i głośno je wyrażać. Obecnie jak na dłoni widać to w dyskusji na temat przyszłości UK w Unii Europejskiej (lub poza nią), zwłaszcza, choć nie tylko, wewnątrz Partii Konserwatywnej. Zadaniem whipów jest pilnowanie, aby przynajmniej w głosowaniach większość partii działała w zgodzie z wolą liderów. Nazwa stanowiska wzięła się stąd, że historycznie whips mieli prawo upominać krnąbrnych kolegów z partii nawet przy pomoc bicza. Dzisiaj bicze służą tylko jako dekoracje w gabinetach głównych whipów, ale metody wciąż bywają brutalne. Zbyt samodzielni posłowie mogą być pomijani przy awansach (do gabinetu czy gabinetu cieni), mogą też nie otrzymać nominacji partii w kolejnych wyborach. W wyborach do Izby Gmin stosuje się jednomandatowe okręgi wyborcze, więc teoretycznie poseł może wówczas startować w swoim okręgu w innych barwach albo jako kandydat niezależny. Doświadczenie uczy jednak, że namaszczenie partyjne ma dla brytyjskich wyborców duże znaczenie, nawet w JOWach. Whipowie mają też decydujący głos przy rozdzielaniu 650 pokoi poselskich, położonych na terenie kompleksu Parlamentu, między poszczególnych posłów. Karą może być zatem przeniesienie (zwłaszcza w kolejnej kadencji) do ciasnej kanciapy bez okien (to nie żart, są takie pokoje dla posłów). Nieoficjalnie mówi się też, że w przeszłości whipowie potrafili gromadzić informacje na temat życia prywatnego, w tym intymnego, posłów, aby móc ich szantażować. Jak jest dzisiaj, do końca nie wiadomo. W wywiadach whipowie z uśmiechem twierdzą, że to wszystko legendy i bajki, a ich praca to po prostu cierpliwe przekonywanie kolegów merytorycznymi argumentami, że liderzy mają rację.

7. Skoro w brytyjskim parlamencie nie ma przycisków do głosowania, to jak sobie radzą?
Rzeczywiście, głosowanie w Parlamencie Zjednoczonego Królestwa wręcz uderza swoją archaicznością, za co zresztą bywa krytykowane nawet przez samych parlamentarzystów, ale póki co nikt go jeszcze nie zreformował. A działa to tak: w pierwszym kroku osoba prowadząca obrady (spiker lub jeden z jego trzech zastępców) zadaje posłom pytanie w sprawie będącej przedmiotem głosowania. Najpierw prosi, żeby wszyscy będący „za” krzyknęli jednocześnie Aye, co jest staroangielską formą „tak”. Następnie zwraca się do posłów będących „przeciw”, aby krzyknęli No. Jeśli na tym etapie wyraźnie widać, że jedna z opcji ma przewagę (co zdarza się przede wszystkim wtedy, gdy rząd i opozycja mają podobne zdanie lub gdy rząd dysponuje naprawdę miażdżącą większością), spiker ogłasza wynik wedle własnego odczytania tego, co usłyszał, bez szczegółowego liczenia głosów. Jeśli spiker nie jest w stanie odczytać wyniku z głosowania ustnego, wówczas zarządza się krok drugi. Nie wchodząc w szczegóły proceduralne, posłowie mogą też zasugerować spikerowi, że zamknięcie głosowania po fazie ustnej było błędem i powinien zmienić swoją decyzję, ale ostateczne rozstrzygnięcie i tak zawsze należy do spikera, który ma wszakże obowiązek dochować bezstronności i uczciwości. Faza druga polega na głosowaniu nogami. Zupełnie dosłownie. Tradycyjną komendą Division! Clear the lobbies! Spiker zarządza otwarcie głosowania, co obwieszcza ponad 500 różnego typu  dzwonków umieszczonych w całym parlamencie, a także m.in. plazmy służące do oglądania obrad spoza sali. Cały ten hałas służy temu, aby na głosowanie ściągnęli szybko posłowie nie będący w chwili jego zarządzenia na sali. Jednocześnie dwa korytarze położone po obu stronach sali posiedzeń (tzw. division lobbies) są oczyszczane ze wszystkich osób nie będących posłami, głównie dziennikarzy. Posłowie będący „za” wchodzą do jednego korytarza, a „przeciw” do drugiego. Tam są liczeni przez tzw. tellers (coś w rodzaju komisji skrutacyjnej), a dodatkowo ich nazwiska zapisują urzędnicy z obsługi Izby. Właśnie odhaczenie się u odpowiedniego urzędnika, których stanowiska są na końcu obu korytarzy, jest ostatecznym oddaniem głosu, po którym można już wyjść z korytarza. Przejście przez oba korytarze w jednym głosowaniu staje się automatycznie głosem wstrzymującym. Ruch w korytarzach odbywa się jednokierunkowo, da się tam wejść wyłącznie z sali posiedzeń. Po dokładnie 8 minutach spiker wydaje komendę zamknięcia drzwi, zaś posłowie, którzy w tym czasie nie weszli do żadnego z korytarzy, uznawani są za nieobecnych na głosowaniu. Następnie posłowie wracają na salę, zaś komisja skrutacyjna wychodzi na środek sali, oddaje ceremonialny ukłon spikerowi (który ten obowiązkowo odwzajemnia, wszak spiker też jest posłem, a nie monarchą) i przekazuje wyniki. Spiker powtarza je głośno i oficjalnie ogłasza decyzję Izby. Cała procedura trwa zwykle 15-30 minut na każde głosowanie. W ogólnych zarysach podobnie wyglądają głosowania w Izbie Lordów.

8. Czym się różni bycie w rządzie od bycia w gabinecie?
Tak naprawdę podział na rząd i gabinet, choć często uważa się go za cechę charakterystyczną modelu westminsterskiego (czyli ustroju Wielkiej Brytanii i państw, które się na niej wzorowały), wcale nie odbiega bardzo od tego, co mamy np. w Polsce. W naszym kraju mówi się często o tzw. ministrach konstytucyjnych, czyli ministrach będących członkami Rady Ministrów. W każdym ministerstwie mamy jednego takiego ministra, jest on szefem danego resortu, powołuje go prezydent na wniosek premiera. Ale każdy z tych ministrów ma swoich zastępców, potocznie zwanych wiceministrami, a formalnie sekretarzami i podsekretarzami stanu, których mianuje premier na wniosek ministra. Widzimy więc, że choć do wszystkich tych osób uprzejmy dziennikarz czy urzędnik powie „panie ministrze”, to w gruncie rzeczy są tu trzy różne szczeble. Bardzo podobnie jest w Wielkiej Brytanii. Tyle, że trzeba uważać z terminologią, bo np. pojęcie „sekretarz stanu” znaczy zupełnie coś innego. W brytyjskiej polityce najwyższym szczeblem ministerialnym jest właśnie sekretarz stanu. Co do zasady, to właśnie sekretarze stanu tworzą gabinet, czyli tę grupę ludzi, z którą premier konsultuje (albo przynajmniej powinien) ważne decyzje. Drugi szczebel stanowią ministrowie stanu, a trzeci parlamentarni podsekretarze stanu. Są to odpowiednicy polskich wiceministrów różnego szczebla. Wszyscy razem tworzą rząd, wszyscy muszą być członkami parlamentu (inaczej niż w Polsce), ale w skład gabinetu wchodzą tylko najwyżsi rangą spośród nich, chyba że premier postanowi inaczej w trybie osobistego przywileju np. dla jednego z ministrów stanu. Zdarzają się też osoby, które niby formalnie nie są w gabinecie, ale dostały od premiera prawo stałego uczestnictwa w jego obradach. Zwyczajowo w każdym resorcie w zespole ministrów powinien być przynajmniej jeden członek Izby Lordów. Wynika to z faktu, że minister może przemawiać w parlamencie tylko w izbie, do której sam należy. Tym samym dobrze jest, jeśli resort ma reprezentanta również w izbie wyższej.

9. Co to znaczy, że ktoś jest cieniem ministra?
W Wielkiej Brytanii istnieje pojęcie tzw. oficjalnej opozycji. Wychodzi się z założenia, że w systemie demokratycznym opozycja ma do odegrania naprawdę bardzo ważną rolę, bez której w kraju mogłaby zapanować dyktatura albo co najmniej spadłaby jakość rządzenia. W szerokim znaczeniu oficjalną opozycją nazywany jest cały klub parlamentarny największej spośród partii będących poza rządem (od 2010 jest to Partia Pracy). Na jej czele stoi lider opozycji (od niedawna jest to Jeremy Corbyn), który otrzymuje państwową pensję w wysokości około połowy uposażenia premiera. Ma też wiele innych przywilejów, m.in. chronią go całą dobę policjanci z tej samej elitarnej jednostki, co premiera i jego ministrów. Podczas ważnych uroczystości państwowych lider opozycji jest na żelaznej liście oficjeli, których wypada zaprosić, niezależnie od politycznych sympatii organizatorów. Lider opozycji powołuje swój alternatywny rząd, mający zarówno szczebel gabinetu, jak i niższy szczebel ministerialny. Gabinet ten nazywa się gabinetem cieni, zaś opozycyjni „ministrowie” noszą takie same tytuły jak członkowie rządu, tylko z dopiskiem Shadow (cień) na początku, otrzymują też dodatki funkcyjne do swych uposażeń poselskich. Oczywiście „cienie” nie biorą udziału w zarządzaniu resortami. Ich rolą jest pojedynkowanie się ze „swoimi” ministrami w debatach parlamentarnych, gdzie zwyczajowo obie strony mają tyle samo czasu na wypowiedź, a także reprezentowanie w mediach stanowiska partii w danym obszarze. Uprawnienia „cienia” premiera wykonuje oczywiście sam lider opozycji, który, o czym pisałem już tydzień temu, raz w tygodniu przepytuje szefa rządu w Izbie Gmin.

10. Jak można powiesić parlament?
No dobrze, przyznaję się bez biczowania przez whipów, to pytanie sformułowałem w trochę zaczepny sposób, ale chciałem zaciekawić Was pojęciem hung parliament, czyli w dosłownym tłumaczeniu właśnie „powieszony parlament”. Takim parlamentem tradycyjnie nazywa się sytuację, w której po wyborach żadna partia nie ma bezwzględnej większości. Królowa wówczas wzywa do siebie zwykle liderów poszczególnych partii i próbuje dowiedzieć się, jakie mają plany. Pierwszeństwo w nominacji na premiera ma szef partii, która wygrała wybory nawet bez większości, ale ma on wówczas dwa wyjścia. Może znaleźć sobie koalicjanta i to właśnie stało się w ostatnim „powieszonym parlamencie” po wyborach z maja 2010 roku, kiedy to Partia Konserwatywna została zmuszona do zawarcia porozumienia z Liberalnymi Demokratami, którzy uplasowali się na trzecim miejscu. Premier może też próbować przetrwać z rządem mniejszościowym, szukając brakujących głosów od ustawy do ustawy. Jest to technicznie możliwe, ale w anglosaskiej (bo nie tylko brytyjskiej, ale też np. australijskiej) tradycji politycznej takie rządzenie jest bardzo trudne, meczące i często najbardziej służy opozycji, która zwiększa poparcie kosztem walczącego o każdy głos rządu. W Wielkiej Brytanii ostatnim premierem, który tego próbował, był w drugiej połowie lat 70. Jim Callaghan, ale dał radę tylko przez 15 miesięcy. Do 2011 prostym sposobem załatwienia problemu były przedterminowe wybory, które zwyczajowo królowa rozpisywała na każde życzenie premiera. W 2011 Liberalni Demokraci wymusili jednak (w trosce o trwałość koalicji) przyjęcie ustawy o stałych kadencjach parlamentu, która odebrała premierowi prawo proszenia monarchy o skrócenie kadencji. Wyjątkiem są dwie sytuacje. Po pierwsze, parlament może wyrazić rządowi wotum nieufności, co w przypadku rządu mniejszościowego nie jest aż tak trudne, ale wymaga porozumienia (być może nawet ponadpartyjnego) w ławach opozycji. Co więcej, rozwiązanie parlamentu następuje dopiero, gdy przez dwa tygodnie parlament nie podejmie decyzji, że jednak ufa rządowi, więc jest sporo czasu na zakulisowe manewry. Druga sytuacja to decyzja o samorozwiązaniu, ale do tego trzeba już większości 2/3 posłów, więc jest w praktyce nierealne bez udziału partii rządzącej lub chociaż poważnego buntu w jej szeregach.

Uff, jak zawsze dziękuję za wytrwanie do końca i zapraszam do komentowania. Nowe wpisy na blogu, nie tylko polityczne i nie tylko anglofilskie, pojawiają się zwykle co tydzień w okolicach weekendu.

Zdjęcie: Sekretarz obrony USA Leon Panetta podczas zwiedzania sali posiedzeń Izby Gmin (18 stycznia 2013)
Autorka i licencja: Erin A. Kirk-Cuomo, Departament Obrony USA, CC-BY 2.0.

One comment Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *